I tak I Maraton Puszczy Goleniowskiej mamy już za sobą. Powoli opadają pierwsze emocje i można spróbować pokusić się o kilka słów podsumowania. Dla naszej drużyny był to niesłychanie ważny start, ponieważ pierwszy raz członek Iron Insane miał się zmierzyć z magicznym dystansem 42 km, a kolejne dwie osoby miały za zadanie zaliczyć swój pierwszy półmaraton. Nie wszyscy mogli wziąć udział w tym biegu, ponieważ limit uczestników był niewielki – tylko 150 osób – i kiedy dowiedzieliśmy się o biegu, był już właściwie wyczerpany. Udało się nam tam dostać tylko dlatego, że Jarek po Półmaratonie Gryfa wygrał voucher na ten właśnie bieg. Początkowo wcale nie zamierzał brać w nim udziału i zamierzał go komuś odstąpić, jednak „złośliwe” uśmieszki i komentarze reszty ekipy sprawiły, że zmienił zdanie. Kiedy tylko zdecydował się na start, Basia skontaktowała się z organizatorami i wyżebrała miejsce dla siebie, a równocześnie to samo zrobili Krzysiek i Renata. Dla mnie i Sandry miejsca już nie było, ale wpisano nas na listę rezerwową. Później, ale niestety zbyt późno zapisał się Marcin. Początkowo o biciu jakichkolwiek rekordów życiowych nie było mowy, ale kiedy zaczęto poddawać w wątpliwość Jarka możliwości, natychmiast obudził się w nim Sorokowy duch buntu i przekory, że o zawziętości już nie wspomnę. Dzień przed biegiem okazało się, że nie mamy jak dojechać do Klinisk, bo przed 8 rano nie ma żadnego pociągu, a musieliśmy się stawić w biurze zawodów po odbiór pakietów startowych do 8.30. Ratunkiem okazał się Krzysiek ze swoim samochodem, który postanowił się poświęcić i obrócić 2 razy. Niestety okazało się, że takie rozwiązanie nie przypadło do gustu samochodowi, który drugi kurs robił z prędkością 50 km/h, a na odcinkach z ograniczeniem prędkości rozpędzał się złośliwie prawie do 60 km/h. Modląc się i podlizując obrzydliwie kapryśnemu pojazdowi doczłapaliśmy się w końcu do Klinisk. Dzięki złośliwości pojazdu nie mieliśmy zupełnie czasu na denerwowanie się biegiem, czy też przygotowanie jakiejś taktyki. Wiadomo było tylko, że jak na każdej nowej trasie, będziemy startować bezpiecznie z końca stawki. Marcin, który jak wspomniałam nie dostał się na listę startową, postanowił towarzyszyć nam, a właściwie Jarkowi na rowerze. Serdecznie przywitani przez organizatorów, których poznaliśmy kilka tygodni wcześniej na zorganizowanym przez nich treningu, wysłuchaliśmy odśpiewanego pięknie przez dzieci hymnu biegu i na dany znak ruszyliśmy do biegu. No i właściwie od tej chwili każdy z uczestników biegu powinien zdać relację ze swoich przeżyć osobno. Ja mogę powiedzieć tylko od siebie, że stając na starcie nie byłam pewna na jakim dystansie pobiegnę. Uznałam, że decyzję podejmę na trasie, kiedy już poznam własne możliwości, bo wprawdzie na treningach zbliżyłam się do dystansu półmaratonu, ale jednak go nie pokonałam. Okazało się, że moje obawy były bezpodstawne, bo organizacja biegu był wspaniała, a trasa przygotowana wyśmienicie i wyposażona we wszystko o czym biegacz może tylko zamarzyć. Na każdym kroku było widać troskę i dbałość o każdy szczegół ze strony Anety i Darka, którzy sami będąc maratończykami doskonale wiedzą, czego zazwyczaj zawodnikom na trasie i poza nią brakuje. Tak więc na tak przygotowanej trasie i w bajkowej wręcz scenerii grzechem byłoby nie pobiec półmaratonu! No bo jeśli nie tu i teraz, to niby kiedy i gdzie? W swoim więc imieniu mogę tylko powiedzieć, że biegło mi się tak dobrze, jak nigdy dotąd. Wpływ na to miało także moje nastawienie: wiedziałam, że biegnę tylko po to aby ukończyć bieg, nic ponadto nie muszę. Nie muszę walczyć z rywalami na trasie, nie muszę walczyć z czasem. Nic, pełny luz, tylko dobiec. Naturalnie ten luz też miał swoje konsekwencje, bo na idealnie oznakowanej trasie udało mi się skręcić o dobre 500 m za wcześnie. Na szczęście biegnący za mną zawodnik zachował się sportowo i krzyknął, że zakręt jest dalej, więc zawróciłam na trasę. Jak widać pełnia szczęścia ogłupia mnie ze szczętem… A po biegu były gratulacje i serdeczne uściski ze strony organizatorów, pyszna grochówa, gorąca herbata, kiełbaski, które można było sobie upiec nad ogniskiem, a do tego zupa borowikowa przygotowywana na miejscu podczas pokazu z uzbieranych w czasie towarzyszącego biegowi grzybobrania. Wszystko to było okraszone występami bardzo przejętych dzieci. Reasumując: wyjątkowa impreza w wyjątkowym miejscu, przygotowana przez wyjątkowych ludzi dla bez wątpienia nie mniej wyjątkowych zawodników i zawodniczek. Cudnie było, do zobaczenia za rok! (mam nadzieję, że znów jak tym razem spotkam na trasie stado saren…)
Ewa
Archiwum kategorii: Bieg
Bieg na K2
I Szczeciński Bieg Sztafetowy
Nasz pierwszy bieg sztafetowy. Udało się stworzyć dwa 4-osobowe zespoły w składzie:
1) Basia, Renata, Marcin, Jarek (Iron Insane I)
2) Ewa, Marta, Krzysiek, Michał (Iron Insane II)
Iron Insane I zajął 11 miejsce z czasem 24:35:10, natomiast Iron Insane II 17 miejsce z czasem 28:33:14.
34. Szczeciński Półmaraton Gryfa

Pora na spóźnioną mocno relację z 34 Szczecińskiego Półmaratonu Gryfa, w którym 25 sierpnia wzięli udział członkowie Iron Insane: Basia, Jaruś, Krzysiek, Marek (Tatanka), Marcin (Gęsty) oraz Renata. Pozostali z różnych względów nie kwapili się do startu… Może następnym razem? Tym razem relacja będzie miała nieco inny charakter, bowiem będzie sporządzona z punktu widzenia kibica (uczestnicy coś ociągają się z podzieleniem się swoimi wrażeniami).
Właściwa impreza poprzedzona była biegami dzieci na dystansie 400m. I tu również nie zabrakło naszych przedstawicieli w osobach Nadii i Antka. Nasze siedmiolatki wystartowały w kategorii dzieci starszych (7-9 lat) i zupełnie dobrze się spisały. Za swój wysiłek zostały nagrodzone medalami, dyplomami i maskotkami. Mamy nadzieję, że uda nam się zaszczepić w nich miłość do sportu uprawianego czynnie, nie tylko za pośrednictwem telewizora. Po biegach dzieci punktualnie o 12 wystartowali zawodnicy do biegu głównego.
Nasza ekipa w całości debiutowała na takim dystansie, więc nastroje były różne, z pewnością dalekie od różowych. Niektórzy cierpieli na bezsenność, inni wykazywali szczególne zamiłowanie do przebywania w WC, a jeszcze inni życzyli sobie na mecie tabliczki z napisem RIP. Ogólnie wszyscy marzyli, żeby ukończyć bieg. Marek całą drogę w środkach komunikacji miejskiej zaklinał chmury, aby raczyły się pojawić choć na czas biegu. Jaruś odwrotnie, życzył sobie słoneczka, bo wtedy jego szanse znacząco rosną. O co modlili się Renata i Krzysiek nie wiemy, bo jechali samochodem.
Na starcie stanęło blisko 1300 uczestników… Nie macie pojęcia jakie wrażenie robi taka ilość rywali…
Tak więc straciliśmy ich z oczu i zastanawialiśmy się gdzie ustawić się z wodą dla Marka i aparatem fotograficznym Krzyśka, tobołków całej ekipy nie licząc. Aparat wręczyłam Michałowi, bo w swój refleks (całkiem słusznie zresztą) nie wierzyłam. Wodą zajęła się Danusia, jak przystało na dobrą żonę. Nadia nudziła się śmiertelnie, a ja usiłowałam nie pogubić tobołków. Ustawiliśmy się w końcu przed wejściem na stadion i tu niespodzianka… Ledwo się rozlokowaliśmy i Danusia z Michałem zdążyli spożyć szaszłyki, jak przed stadionem pojawili się Kenijczycy! Patrzyliśmy na nich z podziwem i gorąco oklaskiwaliśmy. W końcu wszyscy biegamy, więc potrafimy docenić wysiłek. Niedługo po nich pierwszą pętlę zaliczyli inni zawodnicy. Zanim jeszcze pojawili się nasi, Michał został telefonicznie zawezwany przez Sandrę. Tu należy wyjaśnić, że Sandra w ostatniej chwili postanowiła wziąć udział w biegu, jednak zabrakło już numerów startowych. Wobec takiego stanu rzeczy postanowiła pobiec nieoficjalnie, żeby sprawdzić swoje możliwości. No i właśnie okazało się, że możliwości zdechły, bo słońce nie chciało zajść, a Sandra biegała głównie wieczorem i pogoda ją zmogła. Na szczęście pozostałych nie zmogła i w komplecie pojawili się na stadionie kończąc pierwszą pętlę biegu. I tu ciekawostka, że kiedy oni wbiegali na stadion, to Kenijczycy właśnie finiszowali!
Kiedy Michał doprowadził do nas Sandrę postanowiliśmy przenieść się już na stadion i tu oczekiwać finiszu naszych zawodników. Dalej nie wiem co inni, bo zajęliśmy strategiczne pozycje w różnych miejscach. Ja z masą tobołków zostałam przy zewnętrznej bandzie, skąd gorąco oklaskiwałam kolejnych wpadających na stadion zawodników. Niektórzy pojawiali się na mecie świeżutcy, jakby byli na spacerku, inni, z wyraźnymi oznakami zmęczenia. Byli też tacy, którzy na mecie padali z wyczerpania i przyznam, że na ten widok struchlałam, bo przecież nasi debiutowali, niektórzy wcześniej nie pokonali takiego dystansu, a pozostali z raz, najwyżej dwa… Skóra cierpnie na myśl, w jakim stanie dotrą, jeśli dotrą… No i dotarli! W komplecie i w zupełnie przyzwoitym stanie! Jaruś i Gęsty oczywiście natychmiast polecieli na papierosa i nawet nie czekali, aż Basia pojawi się na mecie… Potem naturalnie wszyscy się nawzajem szukali, normalka. I tu czas wspomnieć, że organizatorzy nie ze wszystkim się spisali, bo gdy nasi wreszcie zdecydowali się pobrać należny im posiłek regeneracyjny okazało się, że zabrakło! Nie było ani chleba ani zupy! Fatalnie, bo przecież za nimi były jeszcze setki zawodników, którzy po wyczerpującym biegu nie mieli możliwości zregenerować choć w części swoich sił. Na minus należy też zaliczyć kiepską obsługę medyczną zawodów. Prowadzący bardzo długo musiał wzywać lekarza zawodów. W końcu tracącym przytomność zawodnikiem zajął się inny zawodnik – lekarz. Wiele czasu upłynęło zanim podjechała karetka i zajęła się chorym.
Po ceremonii dekoracji odbyło się losowanie nagród i Jaruś wygrał voucher na Maraton Puszczy Goleniowskiej. Maratony jeszcze przed nami, ale ponieważ imprezą towarzyszącą jest Półmaraton, więc z pewnością na starcie nie zabraknie zawodników Iron Insane.
I tyle ode mnie
Ewa
PS. Jeśli bohaterowie tej relacji uznają za stosowne dodać coś od siebie, to zapraszam :-)))))
Jeszcze raz GRATULACJE!!!
Fotorelacja z biegu w galerii.
10 GP Szczecina

30 czerwca 2013 ekipa Iron Insane, bez Gęstego i Didi (jedno się urlopowało, drugie pilnowało bomby), wzmocniona przez Sandrę wzięła udział w finałowym biegu Grand Prix Runners Club Szczecin. Tym razem zabraliśmy ze sobą fotoreporterów w osobach Nadii i Michała i zapewne kiedyś dotrą do nas jakieś zdjęcia. W oficjalnej fotorelacji zamieszczonej na fb najliczniej prezentowany jest Jaruś (widać zdaniem fotoreportera najbardziej fotogeniczny)… Poczekamy więc, aż nasi fotoreporterzy się ogarną i dostarczą nam zgromadzony przez siebie materiał 🙂
Ogólnie jesteśmy zadowoleni z występu. Zważywszy że 5 km to nie nasz dystans, mamy powody do zadowolenia, bo wszyscy poprawiliśmy nasze wyniki. Jaruś oczywiście kręci nosem na swój rezultat, ale on ma tak zawsze, hihihi










